środa, 18 czerwca 2014

Rozdział V

---------------------
Czasem przypadek zmienia wiele.
---------------------

-Tak panie, jest bardzo ważna. -przeginają!
-Jestem tu więc mogę mówić za siebie! Chciałeś mieć mnie w swojej armii! To ja jestem Morte! - nerwy mi puściły. Myślę, że źle to rozegrałam. Twarze wszystkich są zwrócone w moją stronę, dziwne, że król jeszcze nie zareagował na mój wybuch złości.
-Skąd mam mieć pewność, że mówisz prawdę? - w tym momencie Leonard mógłby się odezwać. Patrzę na niego.
-Zapytaj swoich ludzi. - mówię z podniesioną głową.
-Spotkaliśmy się z nią w drodze na zamek panie, jej ojciec wysłał ją na dwór...
-Kim jest jej ojciec? - Evendor wciął się Leonardowi.
-Nie ważne kim jest mój ojciec, ważne kim ja jestem! Uratowałam życie twoim ludziom.
-Czy nie nauczono cię, że królowi należy się szacunek! - nie wierze, najpierw mi przerywa, a potem na mnie wrzeszczy. Tak się nie bawimy... Uśmiecham się szyderczo i unoszę głowę.
-Próbowano. - mówię z kpiną w głosie. Niech wie, że to ja ustalam reguły.
-Dosyć! Strarz, wyprowadzić ją, a ty Leonardzie uważaj, bo następnym razem ciebie też wyprowadzą! - zaśmiałam się szyderczo. W moją stronę idzie dwóch rycerzy, a Leonard się uśmiecha, bo domyśla się, że za chwilę odbędzie się tu małe przedstawienie. Może jednak Evendor uwierzy w moje słowa. Na pewno. 
-Będzie ciekawe. - mówię to nadal się uśmiechając. Król jest zszokowany. Strażnicy są coraz bliżej, wyjmuje miecz z pochwy i obracam go w ręku, ich miny są bezcenne, właśnie po to zrobiłam tą sztuczkę, uwielbiam patrzeć na dezorientację i strach w oczach innych. Jeden podchodzi do mnie pierwszy, wyciągnął miecz, ale nie atakuje. Drugi rycerz ustał kilka metrów dalej.
-No proszę, dżentelmeni. - mówię z drwiną w głosie. - Skoro nie chcecie uderzyć pierwsi to proszę. - Po tych słowach rzucam sztyletem w mężczyznę, który znajduje się w większej odległości ode mnie, ostrze rozcina jego szyję, ale cięcie jest płytkie, to było zamierzone. Drugiego elfa atakuję mieczem. Minęła chwila, a mężczyzna leży na podłodze z bronią przy szyi. Trzech rycerzy zmierza w moją stronę. Mnie interesuje jednak mina króla. Zaczyna do niego docierać kim jestem. Uśmiecham się z wyższością, monarcha zrozumiał, że ten gest z mojej strony oznacza, że pozwalam mu wycofać jego podwładnych jeżeli nie chce on rozlewu krwi. Evendor zacisnął szczękę i pięści, ale nic nie mówi.
-Jeszcze krok i pozabijam was wszystkich, a najpierw tego, który leży na ziemi. Udowodniłam, że umiem walczyć mieczem i rzucać nożem, w każdej chwili mogę pokazać jak celnie strzelam. - ich miny mówią same za siebie, gdyby mogli odpuściliby sobie próby wyprowadzenia mnie. Leonard uśmiech się.
-Panie, wydaje mi się, że Morte pokazała ci wystarczająco dużo abyś jej uwierzył.
-Przestańcie! Chciałbym porozmawiać z tobą na osobności moja droga, ale wydaje mi się, że nie jest to zbyt rozsądny pomysł. - powiedział to z uśmiechem. Gdybym chciała to również jego mogłabym zabić, a on się uśmiecha.
-Ja również wolę rozmowy na osobności wiec przywołaj tu kogoś kto będzie cię strzegł, ale nie rozsieje plotek.
-Wyśmienity pomysł. Leonardzie ty zostaniesz ze mną i pośle po jeszcze jedną osobę.
-Dwie osoby? Śmiałe posunięcie. - taka przecież jest prawda.
-Możliwe, ale to jedni z najlepszych wojowników jacy są obecnie w zamku i mam do nich pełne zaufanie, a wolałbym już załatwić sprawy związane z tobą. - kieruje te słowa do mnie.
-W takim razie darujmy sobie te gadki i poślij po kogoś.
-Jesteś bezczelna. - uśmiecha się. - Kimkolwiek jest twój ojciec, nie wiem czemu posłał cię on na mój dwór.-zdziwiłby się gdyby wiedział kim jest mój ojciec.
-Ja również tego nie wiem. - kolejne kłamstwo, bez niego dzień byłby dziwny.
Minęło kilka minut, strażnicy wyszli, zostaję tylko ja, Leonard i Evendor, ktoś wchodzi.
-Panie, wzywałeś mnie. - nie wierzę! Co on tu robi!

---------------------------------
I jak myślicie kto właśnie przyszedł?
Powiem, krótko. Mam ostatnio małe problemy, przez co przechodzi mi ochota na pisani i jeżeli nie znajdzie się tu pięć komentarzy nie wiem czy pojawi się nowy rozdział, bo nie wiem czy ktoś czyta to opowiadanie.

wtorek, 17 czerwca 2014

Rozdział IV

-----------------------------
Wspomnienia ją bolą.
Liczy się tylko zemsta,
zrobi wszystko,
aby osiągnąć to na czym jej zależy.
------------------------------

 Nie wierzę w to co słyszę to przecież nie możliwe!
-Ty jesteś ehominis, skoro Reven to twój syn też powinien nim być, chyba, że sam jesteś dzieckiem ehominis!
-Masz rację, ale wszystko jest bardziej skomplikowane. - tylko tyle ma do powiedzenia?
-W takim razie wyjaśnij mi to! - to wszystko co raz bardziej działa mi na nerwy!
-Normalnie jesteś nie pokonana, a teraz nawet nie słyszysz, że ktoś się tutaj zbliża? - powiedział to z drwiną w głosie. Nie wiem kim on jest dla Reven'a, ale coś na pewno musi ich łączyć. Obydwoje świetnie udają. Ta jadowitość w głosie, ta wyższość. Emocje, które wyraża jego głos zmieniają się z każdym wypowiedzianym przez niego zdaniem. On ma rację, emocje nie pozwalają mi jasno myśleć. Muszę stąd iść. Lepiej żeby nikt nie widział nas razem, nie ufają nam i mają rację, ale teraz ich obawy mogłyby się jeszcze bardziej nasilić.
-Jeszcze wrócimy do tej rozmowy. - mam nadzieję, że jak najszybciej. Wypowiedziawszy te słowa uciekam. Nie powinni zobaczyć mnie razem z Erick'iem.
 Jestem na polanie. Moja warta już minęła, ale ja nie mogę zasnąć. Kim jest ten mężczyzna? Co łączy go tak naprawdę z Reven'em? Czy on na prawdę może być jego ojcem? Nie, przecież sam powiedział, że to wszystko jest bardziej skomplikowane. Nawet nie mogę logicznie myśleć. Brakuje mi Reven'a, może nie tak bardzo jak kiedyś, ale nadal znaczy on dla mnie wiele, może nawet zbyt wiele. Byłam z niem szczęśliwa. Erick sprawił, że wspomnienia wracają. Miesiąc po mojej ucieczce z domu zostałam zaatakowana, co prawda Aron nauczył mnie podstaw i mam do tego talent, ale z tego starcia nie wyszłabym zwycięsko. Zjawił się on - blondyn z łukiem i zawadiackim uśmiechem. Uratował mi życie, ale oczekiwał czegoś w zamian, bo jak on to mówił: "Nie ma nic za darmo". Wściekłam się, ale on przystawił mi miecz do gardła, w tamtym momencie go znienawidziłam. Okazało się, że Reven chce tylko abym poszła z nim do pobliskiego miasta i kupiła tam żywność, oczywiście za jego pieniądze, bo moich było nie wiele. Nie interesowało mnie czemu on sam tego nie zrobi, chciałam jak najszybciej uwolnić się od niego, jednak coś pokrzyżowało mi plany.
-Feniks śpij. Wyruszmy o świcie.- to Leonard. Jego głos wtrącił mnie z moich myśli, ale ma on rację. Nie odpowiadam, odwracam się na drugi bok. Czuję jak po moim policzku spływa łza. Nie wiem nawet kiedy ją uroniłam. Na początku nie nawiedziłam Reven'a, ale potem... Potem go pokochałam. Bardzo pokochałam. Nigdy nie byłam szczęśliwsza niż z nim, nawet w domu, w którym miałam wszystko czego tylko mogłam zapragnąć. Muszę przestać o nim myśleć, bo wspomnienia powodują tylko, że z moich oczu wypływa coraz więcej łez. Nie będę już myślała. Nie będę myślała o nim.
 Mija już południe, słońce po raz kolejny praży nie miłosiernie. Ciekawe jak ci wszyscy rycerze wytrzymują w tych zbrojach. Metal bardzo się nagrzewa. Gdyby nie fakt, że tak bardzo ich nienawidzę to współczułabym im. Nie wierze, że Aron jest jednym z tych idiotów.
Właśnie Aron. Ciekawe jaka będzie jego reakcja na mój widok. Sama nie wiem, myśli, że nie żyje. Chyba będzie na mnie wściekły. Nie wiem jak mógł szukać mnie przez rok i jakim cudem wpadł na trop mówiący, że nie żyje. Gdybym wtedy zginęła, byłoby prościej. Chwila... Skoro Aron i jego ojciec byli pewni, że nie żyję, to mój tata też musiał być o tym przekonany. Czemu więc tak mnie przywitał? Dołujące to trochę... Pewnie wszyscy są przekonani, że nie żyje, może nie brałam aktywnego udziału w życiu naszego królestwa i nie znam zbyt wielu pupilków króla, jak i jego samego, ale wszystkich zna mój ojciec. Wieść o tym, że zaginęłam na pewno dotarła do całego świata tych nadętych arystokratów więc to samo musiało być z wiadomością o tym, że nie żyje. Widzę już zamek, będziemy w nim za niecałe dwie godziny. Ciekawe co mnie tam czeka. Muszę zostać jednym z rycerzy króla, będzie mi łatwiej wprowadzić mój plan zemsty w życie będąc żołnierzem niż jakąś damą dworu. Jak ja nienawidzę tego pojęcia - "dama dworu" wolę już chyba tych rycerzy. Nie chyba tylko na pewno. Nienawidzę rycerzy bo wiem, że któryś z nich mógł uczestniczyć w porwaniu Reven'a. Nawet mógł go zabić... Wszyscy na pewno nie uczestniczyli w tamtym wydarzeniu, ale świadomość, że któryś z tamtych tchórzy może jechać teraz obok mnie sprawia, że nie mogę wytrzymać. Tylko tchórze atakują we śnie innych mając przewagę. Tchórze lub mordercy. Też jestem mordercą. Mam ochotę kogoś rozszarpać, ale przecież wielu z rycerzy ginie, aby chronić to królestwo, nie mogę winić ich wszystkich za to co stało się tamtej nocy. Wszystkie te panienki na zamku tylko siedzą i się uśmiechają. Po co coś takiego? Dotrzymują towarzystwa, czy może wzdychają do owdowiałego króla?
Muszę jeszcze znaleźć okazję, żeby porozmawiać z Erick'iem. Cała ta sytuacja nie daje mi spokoju. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Mam coraz większe wątpliwości co do słów tego elfa. Fakt, nie jest elfem, ale nie podoba mi się zwrot ehominis więc będę nazywała go elfem, ma przecież więcej cech elfa niż człowieka.
Jesteśmy w mieście, konie odprowadziliśmy do stajni królewskiej. Zdążyłam powiedzieć Erick'owi, że spotkamy się tu dziś w nocy. Zgodził się. Nie miał innego wyjścia.
Rycerze zostali powitani przez króla i zaproszeni przez niego na ucztę do jego zamku. Właśnie tam zmierzamy. Mieszkańcy miasta dziwnie na mnie patrzą, pewnie zastanawia ich co robię wśród rycerzy i dlaczego bez zaproszenia króla idę razem z nimi w stronę zamku. Cóż, pewnie nie spodziewają się tego, że jestem Śmiercią. Ciekawe co na to wszystko powie Aron. Nie powinno mnie interesować jego zdanie, ale jednak tak jest, razem się wychowaliśmy. Widywaliśmy się prawie każdego dnia. Kiedyś nawet byłam nim zauroczona, ale to przed moją ucieczką. Stare czasy...
Wchodzę właśnie do sali tronowej razem z Leonardem, który poprosił wcześniej króla o rozmowę. Widzę już monarchę siedzącego na tronie, który jest lekko zszokowany, zapewne moją obecnością. Stajemy przed królem, elf obok mnie klęka przed władcą, ja tylko lekko skinam głową. Evendor - bo tak ma na imię król jest zszokowany moją postawą.
-Wstań Leonardzie. - zaczyna swoją przemowę. Chyba będę się nudziła. - W jakim celu chciałeś rozmawiać ze mną bez obecności swojej świty i kim jest twoja towarzyszka? - może jednak nie będzie aż tak źle, skoro już zaczął się temat o mnie to możliwe, że ta rozmowa nie będzie trwałą w nie skończoność. Widzę jak król i jego strarz przygląda się mojej broni.
-Panie, właśnie o niej chciałem z tobą rozmawiać. - wiedzę zaskoczenie na twarzy władcy.
-Czemu to o niej? Czyżby była, aż tak ważna? - wkurza mnie! Rozmawia z Leonardem tak jakby mnie tu nie było! Może to przez to, że nie okazałam mu należytego szacunku. Tak czy inaczej jeszcze jedno zdanie, w którym będą mówić o mnie w taki sam sposób jak robili to dotąd to sama się wypowiem!

----------------------------
I jak sie podoba?
Zostawiajcie po sobie chociaż kropki w komentarzach, bo nie wiem czy mam dalej publikować te opowiadanie. Dalej będę je pisać, ale możliwe, że tylko dla siebie.

niedziela, 15 czerwca 2014

Bohaterowie

Zapraszam do zakładki bohaterowie.
Poprawiłam błędy i zamieściłam zdjęcia oraz dodałam nowych bohaterów.

sobota, 14 czerwca 2014

Rozdział III

----------------------------- 
Jedno imię  może przywrócić jej ból.
Jedna osoba może przywrócić jej wspomnienia.
-----------------------------

Zmierzam z Fin'em w stronę polany. Fin to wysoki, ciemnowłosy elf. Nie przyglądałam się mu zbyt dokładnie, nie jest mi to potrzebne. Na szczęście mężczyzna nie odezwał się ani słowem. Nawet gdy się zgłaszał to wyraził to gestem skinięcia głowy.
Jest ciepło, promienie słońca stały się odrobinę mniej dokuczliwe, wieje orzeźwiający, lekki wiaterek, znów słychać śpiew ptaków. Ja i Fin poruszamy się bez szelestnie. Myślałam, że będę miała z nim więcej kłopotów. Od kiedy to uważam się za najlepszą. Muszę trochę przy stopować, bo kiedyś mogę trafić na przeciwnika, który umiejętnościami będzie mi dorównywał. Mam nadzieję, że tak się jednak nie stanie. Lubię strach w oczach ludzi gdy dowiadują się kim jestem. Podoba mi się budzenie lęku w innych.
 Las staję się coraz rzadszy. Polana, do której zmierzamy musi być już nie daleko. Zastanawiam się co tam zobaczymy. Ktoś się zbliża. Zatrzymuję Fin'a. Schowaliśmy się za drzewami, jeszcze kilka kroków i nie mielibyśmy na to możliwości. Postać jest coraz bliżej. Polana, której szukamy jest gdzieś w dole. Widać to dopiero teraz gdy człowiek, który zmierza w naszą stronę ukazuję całą swoją sylwetkę.
-Zdejmę go.-Mówię to do Fin'a ledwo słyszalnym głosem na co on tylko kiwa głową. Przygotowuję łuk. Wychylam się zza drzewa i oddaje strzał. Nie wierzę! Mężczyzna zrobił unik. Prawie trafiłam, ale on jednak żyje i biegnie w moją stronę. Przygotowuję się i strzelam. Trafiłam w ramię. Kolejna strzała przecina powietrze. Utkwiła ona w nodze mężczyzny, który teraz zachwiał się i jakimś cudem nadal stoi. Przygotowuję się do strzału. Tym razem trafię prosto w serce. Nagle jak z pod ziemi wyrósł przede mną Fin. Kiwnął głową na znak zaprzeczenia. Zapomniałam, że rycerze okazują łaskę. Dotąd ja również to robiłam. Ludzie mówiąc na mnie Morte mają rację, człowiek, którego chcę zabić jest sam, w dodatku z dwiema strzałami utkwionymi w ciele, a ja zwyczajnie zapomniałam, że należy okazać mu litość. To co o mnie mówią to prawda. Nie mam sumienia.
-Czy ty nie możesz mówić?!-Wykrzyczałam poirytowana zachowaniem elfa. Ten tylko spojrzał mi w oczy i zaprzeczył kręcąc głową. Nie wiedziałam... Trudno to nie moja sprawa. Podchodzę do człowieka siedzącego na ziemi. Jest wytrzymały. Wyrwał już strzałę z nogi. Chwila, to nie człowiek tylko elf! Spojrzałam na Fin'a, on również to zauważył. Przy śpieszyłam kroku, wyciągam miecz i przykładam go do gardła elfa.
-Kim jesteś i co tu robisz?-Pytam chłodnym głosem.
-Ja? Siedzę bo jakaś kretynka mnie postrzeliła.-Powiedział z ironią w głosie. Wkurzył mnie, ale mu tego nie pokaże. Jeszcze.
-W każdej chwili mogę cię zabić więc pomyśl za nim coś powiesz, a teraz opowiedz mi grzecznie na pytania, które ci zadałam.-W mojej wypowiedzi nie było żadnych uczuć, może jedynie chłód. 
-Erick. Ty jesteś za pewne Morte, zgadza się?
-Jakim cudem przeżyłeś spotkanie z ludźmi?
-Z tymi którzy uciekali w popłochu i krzyczeli, że muszą po informować króla, że Śmierć dołączyła do armii?
-Skąd mam mieć pewność, że mówisz prawdę?-Mówiąc to spojrzałam mu w oczy. Nie odwrócił głowy, on również patrzy mi w oczy. Czuje na sobie wzrok Fin'a. Jest za pewne zaciekawiony sytuacją i sam chciałby zadać pytanie elfowi, ale nie może. Przyklękam przed elfem. Wyjmuje strzałę z jego ramienia. Widzę jak jego szczęka się zacisnęła. Skrawek jego koszuli utkwił w ranie. Rozrywam ją i wyjmuję materiał co nie jest zbyt proste. Dziwne.
-Fin mógłbyś sprawdzić czy to co mówi ta ofiara losu to prawda?-Powiedziałam chłodno. Mężczyzna zgodził się i już się oddala, a ja kontynuuję czynność. Erick chyba cierpi, ale nie jest mi go szkoda. Prawdę mówiąc specjalnie robię to tak, aby jeszcze rozszarpać jego ranę. Dlaczego? Zastanawia mnie to, jakim cudem stracił tak mało krwi. Czyżby był ehominis? Muszę się upewnić zanim zadam mu te pytanie. Wyjęłam już materiał, ale nadal trzyma dłoń na jego ramieniu i przypatruję się jego ranie.
-Mogę wiedzieć co w tym momencie robisz?-W jego głosie słychać zaniepokojenie. Miałam rację. Podnoszę się i wyciągam mu dłoń, aby pomóc mu wstać. Ten jest zdziwiony moim zachowaniem, ale jednak ją przyjmuje.
-Odkąd trwa wojna nie spotkałam ehominis.-Widzę przerażenie w jego oczach.-Nie trzeba być geniuszem, żeby domyślić się, że dłubałam w twojej ranie nie bez powodu. Ehominis to urodzeni wojownicy. Czyżbyś był wyjątkiem.-Mówię chłodno i z drwiną w głosie. Patrzy na mnie przerażony. Kocham to uczucie, uwielbiam siać strach.
-Nie waż się nikomu o tym powiedzieć.-Wysyczał to zdanie ze złością, ale jego oczy są przerażone. Przerażone i wściekłe.
-Bo co mi zrobisz? Zabijesz mnie?-Mówię to spokojnym, chłodnym tonem. Lubie mówić w ten sposób, wtedy nikt nie może wyczytać żadnych emocji w moim głosie. Od roku wszyscy słyszą tylko taki ton wydobywający się z moich ust, no chyba, że ktoś mnie zdenerwuje i przestaje być miła.-Jesteś na to za głupi, nikt mądry nie rzucałby się w stronę osoby, która do ciebie strzela nie mając jakiej kolwiek broni.
-Jestem ehominis, pamiętasz? Urodzony wojownik.-Powiedział to z wyższością w głosie.
-Jestem Morte, pamiętasz?-Teraz to ja jestem górą. Kocham to uczucie.-Zawrzyjmy układ. Ja nie powiem nikomu kim jesteś, a ty odpowiesz na kilka moich pytań.
-Skąd mam mieć pewność, że nie kłamiesz?
-Nie mam może sumienia, ale mam honor.-Widzę jak Erick miota się w podjęciu decyzji.-Zaraz dołączy do nas Fin.
-Zgoda.-To ostatnie zdanie podziałało na niego tak jak tego oczekiwałam.
-Jednak nie jesteś kompletnym idiotą, a teraz pozwól, że pójdziemy po niemowę.
 Ehominis miał rację, nikogo nie było. Ja i dwóch mężczyzn wracamy do żołnierzy, którzy na nas czekają. Ktoś wychodzi nam na przeciw. To ojciec Aron'a.
-Kto to?-Powiedział Leonard widząc z nami Erick'a.
-Ma na imię Erick. Spotkaliśmy się dwa lata temu. Mieszkał nie daleko granicy, po tym jak ludzie zniszczyli jego wioskę podróżuje on po naszej krainie.-Kłamać to ja potrafię.-Teraz zmierzał w stronę stolicy. Niech jedzie z nami. Droga jest czysta, ludzie uciekli, ale nie wiadomo czy to nie jest kolejny podstęp więc przyda nam się każdy kto umie walczyć.
-Posłuchaj mnie Fe...
-Mów mi Morte, tamta osoba dawno zginęła, nikt nie musi wiedzieć, że nią byłam.-Przerywam mu, lepiej, żeby wiedzieli tylko o moim nowym wcieleniu. Tylko kilku rycerzy wie jak mam na imię, ale zanim udałam się z Fin'em na zwiady skutecznie przekonałam żołnierzy, że nie warto nikomu chwalić się znajomością mojego starego imienia i tym, że znam Leonarda i Aron'a. Leonard pokiwał tylko głową wyrażając swoje znudzenie i dezaprobatę dla mojego zachowania, ale zrozumiał o co mi chodzi.
-Dziwna sytuacja. Nie uważasz? Ludzie uciekają, a ty przy prowadzasz tu obcego, mówiąc, że może się przydać.-Nie jest głupi.
-Owszem dziwna, ale nie zapominaj, że ludziom teraz zależy na tym, aby wieść, że należę do wojska szybko dotarła do ich dowódców i króla. Myślą pewnie, że to ja przewodzę tym oddziałem i że jeśli jesteśmy tak blisko granicy to zmierzamy do ich królestwa, a ja będąca na czele wojska...-Przerywam i uśmiecham się zarozumiale.-Sam wiesz.- Uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Nie mówię już do niego pan. Nikt nie może wiedzieć, że są osoby na tym świecie, do których mam szacunek.
-Może masz rację, ale on skąd się tu wziął?-Mężczyzna nie do końca mi wierzy, ale nic nie może zrobić. Nawet jeśli drążyłby temat nic by mu to nie dało. Mam odpowiedź przygotowaną na każde pytanie.
-Już ci mówiłam. Nie powiem, że możesz zaufać Erick'owi, bo nikomu nie można ufać, ale przez dwa tygodnie podróżowałam z nim. Przydał się gdy zostaliśmy napadnięci przez ludzi.-Jestem mistrzynią kłamstwa, nie prawda?
-Niech jedzie. Wszyscy na koń!
 Jest już wieczór, zatrzymaliśmy się na skraju lasu. Droga minęła nam bez żadnych problemów. Jest pełnia, niebo dodatkowo rozświetlają gwiazdy. Kocham ten widok, jedyne co zostało po Feniks. Po dawnej mnie. Wszyscy układają się do snu, ja i Leonard bierzemy pierwszą wartę. Prawdę mówiąc wolałabym mieć ją razem z Erick'iem, zadałabym mu kilka pytań, ale kto postawi na straży Śmierć i obcego. Nikt nie jest na tyle głupi. Szkoda.
Mam nadzieję, że będzie tak jak mówił ojciec Aron'a i przyjmą mnie do wojska. Ktoś idzie w głąb lasu. Sprawdzę to.
Nie wiem kto to. Drzewa tutaj są wysokie i rozłożyste co blokuje dostęp światła. Na szczęście mam przy sobie broń. Rzucam się na mężczyznę i teraz on leży na ziemi, a ja siedzę na nim przypierająca jego ręce do ziemi i przykładając nóż do gardła. To Erick. Dlaczego nawet nie próbował się bronić?
-Gdybyśmy zamienili się miejscami ta sytuacja bardzo by mi się spodobała. Być górą nad śmiercią.-Powiedział ucieszony. Zeszłam z niego.-Nic mi nie odpowiesz.
-Z tego co pamiętam to ty miałeś odpowiadać.
-Dlaczego taka jesteś, nie pasujesz mi do roli tej złej.
-Ty nie pasujesz mi do roli tego najsilniejszego. Ciągle dajesz się podejść.
-Uważasz, że jestem najsilniejszy.
-Podobno ehominis są najsilniejszą rasą. Co tu robisz?
-Czekałem na ciebie. Na pewno chciałabyś zacząć zadawać te pytania, a do zamku zostało nam mało czasu. Chcę mieć pewność, że nie powiesz nikomu kim jestem.
-Skąd wziąłeś się na tej polanie?-Nie zamierzam wdawać się z nim w głębsze dyskusje.
-Nie tracisz czasu. Powiem ci, że z tym podróżowaniem miałaś rację, tylko jego powód był inny, no i czas mojej podróży, wyruszyłem w nią pięć lat temu.
-Po co opuszczałeś dom i zapuściłeś się tak blisko granicy?
-Szukałem kogoś. Najpierw tylko mężczyzny, a teraz również kobiety. Możliwe, że oni nie żyją.-Ten powód rozumiem doskonale, wiem jak to jest kogoś stracić, chyba na chwilę moja twarz przybrała prawdziwy wyraz. Smutek i żal. Mam nadzieję, że Erick tego nie zobaczył, niby jest ciemno, ale ja jego twarz widzę w miarę wyraźnie.-Wiesz jak to jest kogoś stracić, prawda?-Zobaczył to, moja szczęka automatycznie się zacisnęła, a twarz znów przybrała nie wzruszony wyraz. Mężczyzna uśmiechnął się tylko.
-Po co jedziesz z nami?
-Możliwe, że ją znajdę.
-Optymista.
-Co mi innego pozostało? Mam stać się mordercą? Wiem, że jesteś Śmiercią od roku, coś musiało się stać, że jesteś Zimna.
-Zimna?
-Tak. Tak właśnie mówi się na osoby pozbawione uczuć. Na ciebie ostatnio zaczynają mówić Zimna Śmierć.
-Ciekawe.
-Nie udawaj, że nie masz uczuć. Coś cie zmieniło, ale nadal je masz. Są ukryte, bardzo głęboko ukryte, ale są.
-Śmierć nigdy nie miała uczuć. Śmierć zawsze przychodziła niespodziewanie i niszczyła rodziny. Widzisz w tym jakieś uczucia?
-Nie wiem co Reven w tobie widział.-Stoję jak w ryta w ziemię. Czy on powiedział Reven? Mój Reven? Nie to nie możliwe. Oczy mnie pieką.
-O czym ty mówisz.-Udaje, że nie wiem o co chodzi.
-O mężczyźnie, który podróżował z tobą przez prawie trzy lata.
-Skąd znasz jego imię?!
-To bardzo proste. Widać, że uczucia nie pozwalają ci myśleć.-Teraz on zachowuje się tak jakby miał władzę nade mną. Po części to prawda. Jest pierwszą osobą, która zna imię mojego Reven'a i jedyną, która może coś o nim wiedzieć.
-Skąd go znasz?
-Wrócił rozsądek.-Uśmiechnął się.-To mój syn.
-Co?!
-Tak, dobrze słyszałaś. Reven to mój syn.-Jego głos zmienił się na smutny.

piątek, 13 czerwca 2014

Rozdział II

------------------------------
Ludzie, którzy przeżyli walkę z nią nazywają ją Śmiercią.
Co na to ona sama?
Jest z tego dumna.
Uwielbia budzić strach i szacunek.
Chodzi wciąż z podniesioną głową.
Zapomniała już kim jest.
Kiedyś brzydziła się rozlewem krwi,
teraz stała się morderczynią-Śmiercią.
-------------------------------

 Wyraźnie słyszę, że ktoś porusza się w koronach drzew. Nikogo nie widzę, ale to przez promienie słońca, które oślepiają gdy tylko wzniesie się wzrok ku niebu. Idealny moment na atak, mogą do nas strzelać, a my i tak ich nie trafimy, bo w tym momencie jesteśmy ślepi. Wszyscy podśmiewają się ze mnie, uważają za histeryczkę, ale nie wiedzą kim jestem. Ludzie mówią na mnie Morte, w ich krainie jest o mnie głośno, w mojej podobno też, nawet w czasie wojny kobieta-morderczyni jest ciekawym tematem plotek. Gdyby rycerze wiedzieli, że to ja jestem tą, którą nazywają Śmiercią uwierzyliby mi i przygotowaliby broń. W języku ludzi Morte wywodzi się od słowa mortem oznacza ono śmierć, brzmi pospolicie, ale za to ma idealny przekaz, zabiłam już wielu ludzi i elfów, uwielbiam sieć strach. Śmiercią stałam się gdy odebrano mi Reven'a, czyli jestem nią od roku. Zabawne, jak ławo zmienia się zdanie o kimś. Kiedyś ludzie uważali nas-elfy za zimne i wyrachowane istoty, które uważają się za lepsze bo mają dar. Owszem, jest tak w wielu przypadkach, ale ja uważam, że nieśmiertelność nie jest darem. Nieśmiertelność to klątwa, którą zostajemy obarczeni  podczas naszych narodzin. Przed wojną ludzkie dzieci uważały nas za  magiczne stworzenia, były pewne, że istoty, tak piękne nie mogą być złe, gdy dorastały zmieniały zdanie, ale te które żyją teraz po prostu się nas boją. Prawda jest taka, że od ludzi różnimy się budową fizyczną, zdolnościami i tym, że w przeciwieństwie do nich jesteśmy przeklęci. Nieśmiertelność, tak bardzo jej pragną, jednak nie wiedzą jak jest ona uciążliwa. Żyjemy wiecznie, podobno są też na świecie tacy, którzy pamiętają poprzednią wojnę cywilizacji elfów i ludzi, ale ja uważam to za bajki. Ciągle przemierzamy las, jest chłodno, ale słońce uciążliwie razi po oczach. Cała ta sytuacja zaczyna mnie irytować. Chyba, że osoby, które nas obserwują to tylko zwiadowcy i nie zamierzają nas atakować, czekają aż będziemy na ich terenie i wtedy nas zaskoczą. Podróżujemy w stronę słońca, oni na pewno wyczekują momentu, w którym znajdziemy się na otwartym terenie, żeby nas zaatakować i pokonać, bo my będziemy ślepi, a oni to wykorzystają. Zdaje mi się, czy te  drzewa są naprawdę w coraz większym odstępie od siebie? Las się kończy? Nie, tu musi być jakaś polana. Sama nie dotrę na zamek, nie znam drogi, którą można tam dotrzeć bez większych problemów. Mówiąc problemy mam na myśli miejsca, gdzie toczą się teraz bitwy. Muszę ich ostrzec. Cały czas trzymałam się jak najdalej to było możliwe od reszty, ale nie była to duża odległość, przecież mają mnie pilnować. Popędziłam mojego czarnego konia. Zmierzam, w kierunku kapitana tego oddziału. Jest to wysoki, ciemnowłosy elf, od jego zbroi odbijają się promienie słoneczne. Jego twarz wydaje mi się znajoma, ale nie wiem skąd. Zrównałam się z mężczyzną. Spojrzał na mnie zaskoczony.
-To pułapka.-Zaczynam mówić oschłym tonem.-Las się przerzedza, tam mósi być jakaś polana, a my jedziemy przodem do słońca, które na otwartym terenie nas oślepi. Zabiją nas bez problemu. Nie słychać śpiewu ptaków, który towarzyszył nam przez poprzednie dni, a to świadczy, że jest tu ktoś jeszcze.-Elf patrzy na mnie z szokiem wymalowanym na twarzy.-Słychać, że ktoś porusza się między drzewami, to na pewno zwiadowcy czekający, aby dać sygnał do ataku, gdy będziemy wyjeżdżać z lasu, a sami odetną nam drogę powrotną.
-Twoja znajomość strategi jest godna podziwu.-Uśmiechnął się kpiąco.-Jednak jest coś co  zaprzecza wirygodności twoich słów. Mianowicie jak to możliwe, że pani jako jedyna to zauważyła. Jest tu trzydziestu mężczyzn zaprawionych w boju i twoi strażnicy pani i żadne z nas nic nie zauważyło.-Wkurza mnie gdy mówi do mnie pani.
-Po pierwsze darujmy sobie te uprzejmości. Mam na imię Feniks.-Najpierw się uśmiechnął, ale gdy usłyszał moje imię zmienił wyraz twarzy. Chyba słyszał o czterech latach mojej nieobecności.-Po drugie wy wracacie z bitwy, moi strażnicy nie są zaprawieni w walce.
-Za to ty jesteś, tak?-Mówią na mnie Śmierć, tak bez powodu. Mam ochotę wykrzyczeć mu to w twarz, ale nie musi wszystkiego wiedzieć. Nie zdradzam swoich emocji.
-Tak jestem.-Wszyscy, którzy słyszeli tą rozmowę wybuchli śmiechem. Oddalam się i schodzę z mojego konia. Podchodzę do drzewa i zaczynam się wspinać, broń trochę mi przeszkadza, bo jest ciężka, ale nie mogę zostawić jej na dole. Osoby ukryte w koronach drzew zapewne, albo już czekają na mnie na wierzchołku mojego drzewa, albo schowały się by nie zdradzić swojej pozycji. Wszyscy na dole krzyczą, żebym schodziła. Pewnie już schodzę, ale najpierw zamierzam zabić któregoś z tchórzy, który nie potrafi zaatakować w honorowy sposób. Jestem prawie na szczycie rośliny. Wołania mężczyzn na dole stopniowo słabną. Ktoś szykuje dla mnie miłe powitanie, widzę czyjąś sylwetkę. Zapowiada się ciekawie. Wyjmuję nóż, będzie potrzebny, jeżeli nie chce zostać zrzucona z drzewa.
-Witam, czyżby to elfy przyjęły do armii kobiety. Mężczyźnie są aż tak bez nadziejni w walce? Chyba muszą, skoro to kobieta przejżała nasz plan i odwala brudną robotę.-Mówi z szyderczym śmiechem, na dole chyba coś słyszeli, bo wszyscy ucichli. Dziwne, że jeszcze nie próbował mnie zabić.
-Dlaczego jeszcze nie próbowałeś mnie zabić?-Zadaję pewnym głosem pytanie, które mnie nurtuje.
-Nie uderzę pierwszy kobiety, mimo wojny i tego, że jesteś elfem.-Tą odpowiedzią zbił mnie z tropu. Nie spodziewałam się tego. Trudno, zaraz i tak zginie.
-Nawet Śmierci?-Zapytałam z kpiącym uśmiechem. Wytężył wzrok i bacznie mi się przypatruje. Poznał mnie, w krainie ludzi ktoś wyznaczył cenę za moją głowę. Na pewno ktoś z rodziny jednej z moich ofiar.
-Morte dołączyła do armii!-Krzyknął jak oparzony, chyba cały las go usłyszał. Cóż nie taki był mój cel, liczyłam, że nie obwieści tego wszystkim, ale trudno. Chciałam go tylko przestraszyć.
-I zaraz cię zabije.-Powiedziałam bez krzty emocji w głosie. Mężczyzna chciał wyjąć miecz z pochwy i mnie zabić, ale ja już wcześniej miałam w ręku nóż. Rzuciłam w niego i trafiłam prosto w serce, mięsień ten chronią żebra więc dla człowieka byłoby to trudne,  siła i szybkość to wrodzona zdolność elfów, za to ludziom bardzo szybko goją się rany co uważam za porzyteczniejsze w walce. Siłę i szybkość można wytrenować, ale nie zdolność szybkiej regeneracji. Ja nie mogę na nią narzekać, moje rany goją się równie szybko jak ludziom. Dziwne prawda? Ojciec zabronił mi o tym mówić gdy byłam dzieckiem. Ma rację mogliby wziąć mnie za ehominis-dziecko człowieka i elfa. Przed wojną takie związki istniały, ale teraz dzieci obydwu cywilizacji są odtrącane przez obydwie, nikt im nie ufa. To błąd. Byliby świetni w walce, to urodzeni wojownicy. Siła, szybkość i zdolność błyskawicznego gojenia się ran są ich atutami. Pamiętam, gdy pierwszy raz odniosłam ranę. Zostałam wtedy postrzelona, grot strzały wbił mi się w udo, aż do kości, a po dwóch dniach został tylko strup. Bawi mnie ta sytuacja. Wszyscy na dole krzyczą żebym schodziła, że to co robię jest niebezpieczne, a ja rozważam nad atutami bycia elfem i człowiekiem oraz wspominam przeszłość, mimo że przed chwilą zabiłam człowieka. Kiedyś opisała bym taką osobę cechami typu: sadysta,świr, istota bez sumienia i tak dalej, ale teraz uważam, że tylko ta ostatnia cecha do mnie pasuje. Mężczyzna, którego zabiłam leży na ziemi, a ja stoję w tym samym miejscu co on przed tym, gdy zadałam mu śmiertelny cios. Wyjmuję łuk i szukam pozostałych towarzyszy człowieka. Rycerze, którzy zostali krzyczą, żeby zeszła. Któryś z nich próbuje wejść na drzewo. To musi być jakiś geniusz, wspinać się na roślinę mierzącą około dwudziestu metrów w pełnym uzbrojeniu i zbroi.
-Zanim zdążysz wejść na drzewo zabijesz się imbecylu. Ile waży ta zbroja?-Krzyknęłam do wspinającego się elfa. Kilak osób zaczęło się śmiać, ale umilkli, gdy zobaczyli bezwładnie spadające ciało z utkwioną strzałą w brzuchu. Moja kolejna ofiara.
-Odwrót! Śmierć jest z nimi! Dowódca mósi się o tym dowiedzieć! Szybko!-Krzyczy ktoś w koronach drzew, ale nie dane było mu skończyć, wszczynając alarm sprawił, że bez problemu go namierzyłam. Gdy jest się na górze słońce pada pod innym kontem i da się trafić. Kolejne ciało leży na ziemi. Mężczyźni na dole są w szoku, a ludzie wycofują się. Zostało mi tylko zejść z drzewa. Jestem na dole. Wszyscy patrzą na mnie z nie dowierzaniem i szacunkiem, a moi dwaj strażnicy ze strachem. Uwielbiam wzbudzać w innych poczucie lęku i szacunku co do mojej osoby. Podchodzę do ciała mężczyzny, którego zabiłam jako pierwszego i wyciągam z niego mój nóż. Wbijam go w ziemię w celu wyczyszczenia. Potem podchodzę do dwóch pozostałych ciał i podobnie postępuje ze strzałami. Teraz już w oczach większości tu obecnych widzę strach.
-Ma ktoś może jakąś szmatkę, chcę wyczyścić broń.-Kapitan oddziału podchodzi do mnie ze sprzecznymi emocjami wymalowanymi na twarzy, nie trudno je odczytać, jest to wściekłość, żal, podziw i równocześnie niechęć, szacunek i niepewność.
-Naprawdę to ty jesteś Śmiercią?-Zapytał.
-Czy to takie ważne kim jestem? Ważne jest to, że gdyby nie ja wpadlibyśmy prosto w zasadzkę, tak ciężko czasem posłuchać kogoś innego?! Nie przepraszam, przecież jestem kobietą!-Wkurzył mnie, przydałoby się wiedzieć jak ma na imię.
-Przyznaję miałaś rację.-Odpowiedział niechętnie.-To ciebie ludzie nazywają Morte?
-Dostanę to szmatkę?! Nóż mi zardzewieje?-Zignorowałam jego pytanie. Ktoś podchodzi do mnie i podaje mi coś do wytarcia mojej broni.
-Odpowiedz.
-Może i jestem, może  i nie.
-Posłuchaj Feniks, mój syn nie byłby zadowolony, z tego powodu, że jego przyjaciółkę z dzieciństwa nazywają Morte.-Wśród rycerzy zapadły szmery. Już wiem skąd znam tego elfa. To ojciec Aron'a.! Widziałam go kilka razy gdy odwiedzał mojego tate.
-Pan Leonard?
-Widzę, że jednak pamiętasz czym jest szacunek do innych.-Powiedział to z uśmiechem.
-Nie wiedziałam, że mam do czynienia z ojcem Aron'a. -Odparłam chłodno.-Co u niego? Dołączył do wojska?-Rzuciłam obojętnym tonem.
-Tak, obecnie jest na misji, nie wiem kiedy wróci. Myślę, że mimo wszystko ucieszy się na twój widok.-Rycerze przypatrują się nam z zaciekawieniem.-Szukał cię przez rok, myślał, że nie żyjesz i wtedy wstąpił w nasze szeregi.-Nie wiedziałam, że Aron mnie szukał, do tego tak długo. Zresztą co to dla elfa? Ma przed sobą całe życie. Bardzo długie życie.-Odpowiesz mi na moje pytanie Feniks? Jesteś Śmiercią?
-Tak.-Teraz wszyscy patrzą na mnie w osłupieniu.-Niech lepiej nikt się o tym nie dowie bo was pozabijam!-Jeszcze godzinę temu wyśmialiby mnie, ale teraz wzięli moje słowa na poważnie.
-Nasz król słyszał o Morte, jednak nie wie kim ona jest. Jeżeli dowie się, że to ty na pewno przyjmie cię w nasze szeregi. Co ty na to?-Idealna okazja, żeby wprowadzić mój plan zemsty w życie!
-Oczywiście, że się zgodzę.-Powiedziałam zbyt wesołym tonem.-Lepsze to niż robienie za jakąś damę dworu.-Dodałam chłodno. Dama dworu. Jak ja nienawidzę tych dwóch słów gdy stoją obok siebie.
-Przydasz nam się. Jestem ciekaw co teraz proponujesz zrobić.
-Są dwie opcje, możemy czekać, aż słońce zmieni swoje położenie i wyruszyć w dalszą drogę, ale istnieje prawdopodobieństwo, że ludzie w tym czasie zdążą wezwać posiłki. Druga opcja jest taka, że w tym momencie możemy zmienić naszą trasę, ale ludzie mogą ruszyć za nami lub próbować pozabijać nas w nocy.- Teraz wszyscy uważnie mnie słuchają.-Proponuję pierwszą opcję, ale zależy w jakim stanie jest pański oddział. Polana znajduję się zapewne około kilometr od nas, może mniej.
-Zgadzam się z tobą, ale ostateczna decyzja należy do kompanii. Kto jest za?-Prawie wszyscy zgodzili  się na wprowadzenie mojego planu.-Więc postanowione.
-Za godzinę pójdę na zwiad, sprawdzę jak wygląda sytuacja.
-Nie puszczę cię samej!-Mam ochotę mu coś zrobić, ale to ojciec Aron'a.
-Dobrze, więc niech ktoś pójdzie ze mną.
-Zaraz dla ciebie kogoś wybiorę. Fin, Edween, który z was ma ochotę na mały spacer.-Dziwne, zna imiona swoich ludzi? Nie, to niemożliwe, to muszą być jego ulubieńcy.

------------------------------------------------------------------------
Rozdział jest długi, mam nadzieję, że was nie zanudziłam.
Czekam na komentarze.
Jeżeli macie pomysły jakie piosenki mogłabym tu umieścić napiszcie w komentarzu.